Czy petersburscy studenci marzą o elektrycznych owcach?

Autor: Piotr Sterczewski, Gatunek: Proza, Dodano: 10 marca 2011, 21:43:18, Tagi:  remiks 2011

Porfiry Pietrowicz mógł liczyć sobie jakieś trzydzieści pięć lat, był niskiego wzrostu, zażywny, nawet z brzuszkiem. Pełna, okrągła, chorobliwie ciemnożółta twarz o zadartym nosie miała wyraz energiczny i drwiący zarazem. Można by tę twarz nazwać dobroduszną, gdyby oczy nie przeczyły tej pozornej dobroduszności. Spojrzenie tych oczu nie harmonizowało z całą postacią, która miała w sobie coś kobiecego. Czyniło ją znacznie poważniejszą, aniżeli wydawała się na pierwszy rzut oka.

Gdy Porfiry Pietrowicz dowiedział się, że Raskolnikow ma do niego jakąś prośbę, wskazał mu zaraz miejsce na sofie i poprosił, by usiadł. Sam rozsiadł się w drugim rogu sofy i zwrócił się do gościa w oczekiwaniu, że ten zaraz wyjaśni, o co chodzi. W jego postaci było widoczne baczne skupienie, co na każdego rozmówcę musiałoby podziałać deprymująco i przytłaczająco.

Po chwili milczenia Rodion Raskolnikow odezwał się zmęczonym tonem.

— Oficerze, proszę posłuchać. Nie mieliśmy zamiaru wykorzystywać uprzedniej...

— Nie jestem oficerem policji — rzekł Porfiry. — Jestem łowcą. — Z otwartej walizeczki wyjął aparaturę Voigta-Kampffa, usadowił się przy stojącym obok stoliku i zaczął łączyć dość proste elementy składowe wykrywacza kłamstwa.

Ale na Raskolnikowa to nie podziałało; krótko i węzłowato powiedział, o co mu chodzi, i był tak z siebie zadowolony, że pozwolił sobie nawet na obserwowanie osoby Porfirego. Ten także nie spuszczał wzroku z Raskolnikowa. Razumichin tymczasem zajął miejsce przy stole i z żywym zainteresowaniem przysłuchiwał się wywodom przyjaciela, przy czym oczy jego błądziły po twarzy Raskolnikowa, to znów po twarzy Porfirego, co nawet przekraczało już trochę miarę.

— Chciałbym to obserwować — powiedział Razumichin. — Nigdy

nie widziałem, jak przeprowadza się test empatyczny. Co pan mierzy za pomocą tych

rzeczy?

— To — powiedział Porfiry, unosząc płaski, samoprzylepny dysk z przymocowanymi przewodami — sprawdza rozszerzenie naczyń włoskowatych w tkance twarzy. Wiemy, że jest to bezwarunkowy odruch, tak zwany rumieniec, będący reakcją na bodziec, którym jest wstrząs moralny. Reakcji tej nie można kontrolować w świadomy sposób, podobnie jak przewodnictwa elektrycznego skóry, rytmu oddechu czy też pracy serca. — Pokazał następny instrument, ołówkową latarkę o wąskim promieniu światła.

— To z kolei rejestruje zmiany napięcia mięśni ocznych. Obok zjawiska czerwienienia

się, można zarejestrować niewielkie, ale zauważalne ruchy...

— Które nie występują u androidów — skończył za niego Rodion.

— Pytania kontrolne nie wywołują takich reakcji u androidów. Choć biologicznie

istnieją. Potencjalnie.

Usiadł wykonując całą serię niezgrabnych ruchów, wyjął papierosa, zapalił go i skupił się na aparaturze.

— Proszę przeprowadzić na mnie test — oznajmił Raskolnikow.

Naraz Porfiry Pietrowicz spojrzał na Raskolnikowa z nie ukrywanym szyderstwem, potem przymrużył oczy i mrugnął. Może się to zresztą Raskolnikowowi przywidziało, trwało to przecież tylko chwilę. W każdym razie uczynił coś podobnego i Raskolnikow przysiągłby, że Porfiry — licho go wie dlaczego — mrugnął do niego znacząco. „On wie wszystko!" — przemknęło mu przez myśl.

 

Wąski, biały promień świecił równo w lewy kącik oka Rodiona Raskolnikowa. Do jego policzka przylepiony był krążek z drucianej siatki.

Porfiry Pietrowicz siedział w miejscu, z którego widział dwie wskazówki aparatury testującej Voigta-Kampffa.

— Mam zamiar przedstawić kilka sytuacji — powiedział. — Pan wyrazi swoją reakcję najszybciej, jak potrafi. Oczywiście będę mierzył czas.

— I oczywiście — stwierdził wyzywającym tonem Raskolnikow — moje słowne odpowiedzi nie będą brane pod uwagę. Jedynie reakcje mięśni oka i naczyń włoskowatych, które traktuje pan jako wskaźniki. Ale będę odpowiadał — chcę przez to przejść i... — przerwał. — Proszę zaczynać, panie Porfiry Pietrowiczu.

— Otrzymał pan w prezencie portfel należący do Alony Iwanowny. — Obydwie wskazówki wychyliły się gwałtownie z zielonych pól na czerwone, a potem cofnęły.

— Nie przyjąłbym go — odparł Rodion. — A także zameldowałbym na policji

o osobie, która mi go dała.

Porfiry zaznaczył udzieloną odpowiedź i ciągnął dalej.

— Spotyka pan małego chłopca, który pokazuje pan swoją kolekcję motyli, a także

słoik, w którym je zabija.

—Prowadzę go do lekarza. — Głos Raskolnikowa był cichy, ale stanowczy. Znowu obie wskazówki wychyliły się, ale nie tak daleko. Odnotował to również.

— Wiem, że z jakiegoś niewiadomego powodu popadł pan w silne rozdrażnienie nerwowe. Zdaje mi się, że i dziś wygląda pan nieco blado?

— Wcale nie jestem blady. Wprost przeciwnie... jestem całkiem zdrów — odparł Raskolnikow nagle zmienionym tonem, opryskliwie i gniewnie.

Wskazówki jednak pozostały nieruchome. Zasadniczo odpowiedź była prawidłowa. Ale udawana. Odpowiedź androida.

Myśli kłębiły się w głowie Raskolnikowa. „Najbardziej podoba mi się to, że nie ukrywają niczego i nawet nie dbają o zachowanie pozorów! Czyli że wcale nie ukrywają tego, że jak sfora psów ścigają mnie! Plują mi wprost w twarz! Grajcie w otwarte karty i nie bawcie się ze mną jak kot z myszką. A może mi się tylko wydaje? Może to tylko sprawa mojej wyobraźni, może wskutek braku doświadczenia ponoszą mnie nerwy i źle gram moją podłą rolę? Może tu nie ma żadnego podstępu? Ich słowa są na pozór zwyczajne, ale coś w nich jest... Albo ponosi mnie wyobraźnia, albo oni wszystko wiedzą”.

— Może pan mnie przekląć albo nie, może pan być na mnie wściekły (bo też nad miarę naprzykrzałem się panu!), nie mogę jednak odmówić sobie zadania panu jeszcze jednego pytania — rzekł Porfiry Pietrowicz. — Pewna myśl przyszła mi do głowy i muszę ją wypowiedzieć, bo obawiam się, że potem zapomnę...

— Proszę, niech pan pyta — rzekł Raskolnikow, stojąc przed nim blady i skupiony. Porfiry zawodowym instynktem wyczuł jego napięcie.

— Myślę o tym... nie wiem tylko, jak to wyrazić... Myśl ta jest może zbyt kuriozalna... coś z dziedziny psychologii... Gdy pisał pan swoją rozprawkę, to musiał pan przynajmniej po części uważać się za człowieka „niezwykłego", za człowieka, który ma coś nowego do powiedzenia w tym znaczeniu, jak pan nam to tutaj wyłożył... Czy tak?

— Bardzo możliwe — odparł Raskolnikow tonem lekceważącym.

— Czyli idąc dalej, czy rzeczywiście mógłby się pan zdecydować, będąc zmuszony do tego pewnymi okolicznościami losowymi lub dla przyśpieszenia postępu całej ludzkości, na usunięcie określonej przeszkody? Na przykład na morderstwo i rabunek?

Raskolnikowowi znowu zdawało się, że Porfiry mruga do niego lewym okiem i śmieje się w środku, zupełnie tak jak przedtem.

— Gdybym nawet usunął jakąś przeszkodę, to rzecz jasna, nie powiedziałbym tego panu — odparł wyzywająco, z wyraźną pogardą w głosie.

Porfiry zobaczył, jak dwie wskazówki po chwili wychyliły się gwałtownie. Reakcja nastąpiła, ale zbyt późno. Odłożył ołówek, wyłączył promień światła i zdjął z jego policzka przylepiony krążek. — Jest pan androidem — oświadczył. — Takie są ustalenia testu.

Raskolnikow milczał i patrzył prosto w twarz Porfirego Pietrowicza. Razumichin całkiem spochmurniał. Już przedtem to i owo zwróciło jego uwagę. Teraz rozglądał się gniewnie dokoła. Cała minuta upłynęła w tym ponurym milczeniu. Raskolnikow ruszył ku wyjściu.

— Pan już ucieka? — Porfiry z uśmiechem i nader uprzejmie podał mu rękę. — Bardzo, bardzo miło było mi pana poznać. Niech pan tylko napisze to, co powiedziałem. Najlepiej byłoby, gdyby pan wpadł do mnie do biura... może jutro... Będę w biurze o jedenastej.

 

Źródła:

- Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara, tłum. J. P. Zajączkowski.

- Philip K. Dick, Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, tłum. S. Kędzierski.

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się